Aktualności
Wybierzmy w pierwszej turze
| Wybierzmy w pierwszej turze |
|
|
|
Decydują się ważne sprawy państwa Gazeta Wyborcza z dnia 16 czerwca opublikowała pod tytułem: "Wybierzmy w pierwsze turze" wywiad z Włodzimierzem Cimoszewiczem. Nawiązuje ona do oświadczenia senatora w sprawie wyborów prezydenckich. Przytaczamy duże fragmenty tego wywiadu:
- Dlaczego polityk lewicy poparł w wyborach prezydenckich Bronisława Komorowskiego, kandydata konserwatywno-liberalnej PO, i to już w pierwszej turze, zamiast poprzeć kandydata SLD Grzegorza Napieralskiego?
- Powodów było kilka. Był wśród nich i ten, że Napieralski tak naprawdę nie walczy o prezydenturę, choć kandyduje, ale o wzmocnienie własnej pozycji w SLD. Z jego punktu widzenia to racjonalne. Ale mój punkt widzenia jest inny. Dla mnie ważne jest to, co będzie działo się w Polsce. Uważam, że trzeba poprzeć tego kandydata spośród wchodzących rzeczywiście w rachubę, który stwarza szansę na lepszą prezydenturę. Nie zamykajmy oczu na rzeczywistość. Nie mówmy, że sondaże sondażami, ale nie wiadomo, jak to będzie. Realnych kandydatów do sukcesu jest dwóch.
- Boi się pan, że Komorowski może przegrać wybory?
- Jak mawiał Kazimierz Górski, "wszystko jest możliwe na boisku". Poparcie dla poszczególnych kandydatów nie jest stabilne, widać nawet pewne tendencje. Jeżeliby doszło do drugiej tury, to obawiam się, że spora część, głównie sympatyków pana Komorowskiego, może wybrać wakacje.
- I wygra Jarosław Kaczyński. Pańska decyzja zwiększy prawdopodobieństwo rozstrzygnięcia wyborów w pierwszej turze? Sondaże raczej wskazują, że będą dwie tury.
- Byłoby lepiej, gdybyśmy wybrali prezydenta w pierwszej turze. Po raz pierwszy jesteśmy w takiej sytuacji, że ewentualna druga tura mogłaby się odbyć w czasie wakacji. Do końca nie wiemy, jaki będzie to miało wpływ, nie tylko na wynik poszczególnych kandydatów, ale i na frekwencję. Gdyby raptem spadła do 30-40 proc., to jaki wysłalibyśmy sygnał w świat? Że Polacy wolą jechać na wakacje, niż wybierać głowę swojego państwa.
- Jak długo PO pana namawiała do poparcia Komorowskiego?
- Nikt mnie do niczego nie namawiał. Raz widziałem się z Bronisławem Komorowskim, kiedy przyjechał do Hajnówki na festiwal muzyki cerkiewnej. Potem wpadł do mnie do lasu i pogadaliśmy sobie. Nie było żadnych dalszych rozmów. Obserwuję, co się dzieje i uważam, że pewne rzeczy trzeba robić we właściwym czasie.
- Grzegorz Napieralski zabiegał o pana poparcie?
- Przyszedł do mnie szef jego sztabu, pytając, czy mógłbym udzielić poparcia. Powiedziałem, że to niestety niemożliwe.
- Wcześniej mówił pan o nim, że nie jest politykiem "dostatecznie dojrzałym".
- Powiedziałem tyle, ile chciałem powiedzieć, i się tego trzymam. Nie chcę dziś się wdawać w partyjne młócki.
- Politycy SLD mówią, że zachował się pan nie fair wobec Napieralskiego. Będzie pan już chyba wyklęty w Sojuszu.
- To jakieś teatralne gesty. O żadnym zaskoczeniu tutaj mowy być nie może. Szefowi sztabu pana Napieralskiego już dłuższy czas temu powiedziałem otwarcie, że jeżeli Bronisław Komorowski będzie utrzymywał w sondażach dużą przewagę nad panem Kaczyńskim, to mogę nie wypowiadać się w kwestii wyborów przed pierwszą turą. Natomiast jeśli ta różnica będzie się zmniejszała, to się wypowiem. Ale liczyłem się z takimi reakcjami. Nie jestem dzieckiem. Jednak nasze myślenie biegnie w trochę innych płaszczyznach. Poparłem Komorowskiego, bo naprawdę jestem przekonany, że rozstrzygają się ważne kwestie państwowe.
- Jakim prezydentem byłby Kaczyński?
- Gdyby się opierać na jego deklaracjach z ostatnich tygodni, to też moglibyśmy się spodziewać spokoju i współdziałania. Ale ja wolę oceniać jego działania przez 20 lat, które mogłem obserwować. On nigdy nie był człowiekiem porozumienia czy kompromisu. Nigdy nie był gotowy do współdziałania ponad politycznymi podziałami, chyba że za gotowość do takiego współdziałania uznać koalicję z Giertychem i Lepperem. Nie mam do niego zaufania.
- Nie wierzy pan sztabowcom, że prezes PiS zmienił się po smoleńskiej katastrofie?
- To, że doznał wstrząsu, jest zrozumiałe. Ale bardzo wątpię, żeby to wpłynęło na jego poglądy polityczne.
- PiS mówi, że gdyby wygrał Komorowski, hegemonia PO może być groźna.
- Ja też bym wolał bardziej zrównoważoną sytuację. Ale w ustach PiS brzmi to skrajnie niewiarygodnie, bo przecież PiS i prezydent Kaczyński przez dwa lata rządzili razem i nie widzieli wtedy problemu. Zresztą na lewicy też mieliśmy przez kilka lat sytuację, że prezydent i rząd byli z tego samego obozu. I nic się nie stało. Myślę, że pewne doświadczenie, wysoka świadomość obywateli dają gwarancję, że nie dojdzie do nadużycia pozycji monopolistycznej. Dostrzegam jednak i pewne plusy tej sytuacji - choćby szansa na bardziej spójne działanie najwyższych władz w państwie. Nie po to, żeby było ładnie i spokojnie. Przed Polską parę trudnych kwestii związanych z naszą pozycją w UE, gospodarką i trzeba bez względnego współdziałania, żeby przez takie progi przejść.
- Wierzy pan, że przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r. rząd i PO, nawet z własnym prezydentem, podejmą jakieś trudne reformy?
- Nie będą mieli już żadnego wytłumaczenia dla ewentualnej bierności. I choć rozumiem, że wybory parlamentarne nie będą skłaniały do wielkiego radykalizmu, to nie musi to oznaczać przespania półtora roku. Można zacząć rozmawiać o ważnych sprawach. I tutaj przyszły prezydent ma wielką rolę do odegrania.
- Co rząd powinien zrobić?
- Kiedyś rozmawiałem z Donaldem Tuskiem o tym, że przez pierwsze 20 lat po zmianach stworzyliśmy całkiem sprawną gospodarkę rynkową, a w tej chwili przez kolejne 20 lat trzeba ją podnieść o jedno piętro wyżej, jeśli chodzi o nowoczesność, zaawansowanie technologiczne. To warunek absolutnie niezbędny, żeby sprostać konkurencji międzynarodowej. Mamy całkiem realną przewagę nad krajami azjatyckimi, które dominują w handlu światowym, a mianowicie lepiej wykształcone społeczeństwo. I może ono funkcjonować w warunkach bardziej zaawansowanej gospodarki. W Polsce, tak jak w większości krajów europejskich, panuje błoga nieświadomość tego, jak świat się zmienia. I co nas czeka, jeśli nie zmusimy się do zmian.
- Myśli pan, że Komorowski jako prezydent byłby niezależny od Tuska?
- Niekoniecznie musimy rozpatrywać warianty skrajne, że będzie całkowicie niesamodzielny albo całkowicie samodzielny. Ale sądzę, że wygrana w wyborach, zostanie prezydentem, uodparnia na wpływy innych.
- Nie przeszkadzają panu wpadki marszałka?
- Lepiej, żeby ich nie było. Ale wpadki zdarzają się każdemu. W tej kampanii może Kaczyńskiemu nie, ale jak sięgnąć pamięcią trochę wstecz, to również jemu się zdarzały. Ja za to nie będę krytykował Komorowskiego, bo mnie też się zdarzały, więc pod chodzę do tego z trochę większą tolerancją.
- Politycy już spekulują, że pewnie wejdzie pan teraz do rządu Tuska.
- (Śmiech).
Rozmawiała Renata Grochal
|
Ile lat trzeba kogoś znać, aby powiedzieć, kim jest naprawdę? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Czytaj całość |
Informacja o działaniu CBA w Senacie Czytaj całość |